poniedziałek, 19 marca 2012

PASTELE i GROSZKI, czyli w powietrzu czuć WIOSNĘ...

Chyba wszyscy poczuli już nadchodzącą wiosnę, prawda? Ja poczułam ją szczerze mówiąc już w pierwszej połowie lutego, ale uznałam, że to mój mózg wysyła mi jakieś mylne sygnały do zmęczonej brakiem słońca psychiki i mam po prostu węchowe halucynacje. Tak, tak, ja pierwsze oznaki wiosny czuję nosem ;) Dopiero gdy poczuję wiosenne powietrze pachnące wilgotną ziemią, chłodem i czymś bliżej nieokreślonym, ale charakterystycznym dla tego okresu, do mojej podświadomości dociera fakt, że już WIOSNA! Jeśli jeszcze do tego poczuję promienie wiosennego słońca, czuję się naprawdę szczęśliwa i wiem, że mogę chować zimowe buty i ubrania :) W ostatni weekend właśnie byłam tak pochłonięta myślą, że ma być w ciągu dnia aż 16 stopni, że o 5 rano założyłam baleriny i wiosenny płaszczyk i tak ubrana - pomimo widocznego na dworze przymrozku - pomaszerowałam do autobusu, żeby pojechać na zjazd do szkoły :) Rano trochę zmarzłam, ale za to co za szczęście, kiedy na uczelni mogłam na przerwie wyjść na dwór, zdjąć płaszczyk i rozkoszować się piękną pogodą :)

Nie wiem jak Wy, ale mnie słońce i zapach wiosny obudziły do życia, nagle minęły mi wszystkie (no, prawie) smutki i poczułam taką chęć do działania, jakiej nie miałam od dobrych kilku miesięcy (co widać zresztą po mojej nieobecności na blogu ;] ). I dlatego też wyciągnęłam krzesełko, które kupiłam na jesieni dla Anastazji do pokoju. Krzesełko kupiłam za 5 zł (!) od Pana, który handluje na naszym rynku starociami. Kiedy je zobaczyłam, wiedziałam, że muszę je mieć! Zgadnijcie, co zrobiłam najpierw, gdy je zobaczyłam? He, he, podeszłam i usiadłam. To musiał być zabawny widok: dorosła baba sadowi się na dziecięcym krzesełku ;) A ja tylko sprawdzałam, czy jest wygodne, żeby mojej córci się dobrze z niego korzystało ;) I szczerze przyznam, że jest to jedno z niewielu wygodnych krzeseł, na których siedziałam. Ma bardzo dobre oparcie. Kiedy dowiedziałam się, że kosztuje 5 złotych, praktycznie zaczęłam skakać z radości :) Niosłam je później przez pół miasta do domu, ludzie tylko na mnie patrzyli dziwnie :) No i gdy doszłam do domu, ręka myślałam, że mi odpadnie :P Krzesełko jest niewielkie, ale i tak następnego dnia bolało mnie ramię (aż wstyd się przyznać, że po takim spacerku miałam zakwasy ;) Mój skarb był w nieciekawym stanie. Brudna, biała farba złaziła warstwami. Kiedy zaczęłam je szlifować, okazało się, że tych warstw rzeczywiście jest na nim sporo ;) Poprzedni właściciele musieli po prostu je malować bez szlifowania. Dokopałam się nawet do błękitnej warstwy farby :) Niestety, jesienią nie udało mi się dokończyć nawet szlifowania mojego cacka. Ze względu na kurzenie się z szlifowania musiałam szlifować na dworze, a czasu brakowało. Więc kiedy było już tak zimno i brzydko, że nie dawałam rady długo siedzieć na dworze, postanowiłam dokończyć krzesełko wiosną. Oczywiście, przez ten czas krzesełko było w użyciu, moja córka nie dała mu spokojnie postać :) I tak nadeszła wiosna :) A więc wyciągnęłam krzesełko i mam zamiar wreszcie je dokończyć: wyszlifować i pomalować na biało. Jednak tym razem przed rozpoczęciem kolejnego "etapu" prac renowacyjnych zrobiłam mu zdjęcie (żałuję, że nie cyknęłam zdjęcia zaraz po kupieniu - mielibyśmy porównanie). 
Kubek, który stoi na krześle, też jest za 5 złotych ;) (Może ten post powinien być zatytułowany: "Wszystko po 5 złotych"? ;) Szaleję za groszkami i mam fazę na kolory, zarówno te soczyste, jak i te pastelowe. Kiedy zobaczyłam, że ten kubek łączy to wszystko w sobie, zaczęłam w myślach prowadzić ze sobą dialog: 
- Hmm... Jest taki ładny, słodki. Fajnie byłoby go mieć.
- O nie, nie. Masz już w domu całą kolekcję kubków.
- Owszem, ale ten jest całkiem inny. Jest w groszki, ma słodki kolor i jeszcze ta łyżka umieszczona w uchwycie - zawsze chciałaś taki mieć.
- No tak, ale przecież miałaś nie wydawać kasy, przecież miałaś oszczędzać na potrzebniejsze rzeczy.
Tu moje superego zagięło id (dla nieznających teorii Freuda powiem po ludzku: zdrowy rozsądek wygrał nad zachciankami ;). Ale, ale... W takim razie skąd mam kubek? Na zakupach był ze mną mój mąż, który zobaczyłam, że gdy patrzę na kubek, oczy mi się błyszczą i ślina prawie kapie na podłogę :) Postanowił zlitować się nad swą biedną żoną, bo dobrze wiedział, że później będzie śniła o tym kubku po nocach ;) I tak oto dostałam swój kubek ;)
Słonecznie ściska i całuje, Ania :)

PS Życzcie mi powodzenia: w tym tygodniu po raz pierwszy będę wysiewać do doniczek lawendę, zioła i kiełki :)